WŁĄCZ RADIO EZG!

POSŁUCHAJ:

ezglogo2

 

Aktualnie nadajemy:

winamp mediap

real

A A A

JOW ZgierzWażne nie kto głosuje, lecz kto głosy liczy - powtarzamy nie raz z przymrużeniem oka. Tak naprawdę jednak często kluczowe okazuje się to, w jaki sposób przelicza się wolę wyborców na polityczne mandaty. W przypadku najbliższych wyborów do Rady Miasta Zgierza czeka nas w tym względzie rewolucja.

Ostatnie lata przynoszą w Polsce kolejne zmiany w ordynacji wyborczej. Rok temu wybieraliśmy po jednym senatorze z każdego ze stu okręgów w kraju. W 2014 r. w wyborach do rad gmin w niemal całej Polsce również zafunkcjonują jednomandatowe okręgi wyborcze. Do tej pory w Zgierzu wybieraliśmy radnych w systemie reprezentacji proporcjonalnej spośród trzech 7- lub 8-mandatowych okręgów. Teraz miasto podzielone zostanie na 23 okręgi, a każdy z nich będzie miał własnego radnego.

  • 23 części Zgierza

Na wrześniowej sesji radni przyjęli uchwałę wytyczającą granice nowych okręgów wyborczych w mieście. W myśl Kodeksu Wyborczego zasada jest prosta: miejsca w Radzie przydzielamy poszczególnym osiedlom proporcjonalnie do ich liczebności. Następnie każde osiedle dzieli się na tyle okręgów, ilu radnych ma zostać wybranych. Całość ma być wykonana jak najbardziej równo i sprawiedliwie.

Jak to wygląda w praktyce? Największe w Zgierzu Osiedle 650-lecia zostało podzielone na siedem okręgów i tyluż samo radnych będzie wybierać. Dla porównania osiedla z najmniejszą liczbą mieszkańców (Piaskowice-Aniołów oraz Chełmy-Adelmówek) wybiorą wspólnie jednego radnego. W całym mieście powstaną zatem dwadzieścia trzy okręgi. Z każdego z nich radnym zostanie kandydat lub kandydatka z największą liczbą głosów.

  • Kto pierwszy czy lepszy?

W naukowym żargonie system ten opisuje się jako FPTP, czyli First Past The Post, a po polsku: „pierwszy zgarnia wszystko”. Najsłynniejszy system jednomandatowych okręgów wyborczych z formułą większości względnej funkcjonuje w Wielkiej Brytanii. Ostatnio znów ożyła dyskusja, by takie rozwiązanie wprowadzić w wyborach do polskiego Sejmu. Główną korzyścią ma być zaistnienie bezpośredniej odpowiedzialności potencjalnego posła lub radnego przed swoimi wyborcami. Każdy okręg ma jednego przedstawiciela, któremu nie pomoże partyjny szyld, gdy nie spełni oczekiwań ludzi, którzy głosują. Zwolennicy JOW przekonują, że w tym systemie zmniejsza się wpływ partyjnych liderów przydzielających najwyższe miejsca na liście swoim pupilom, a wyborca oddając głos na jednego kandydata z okręgu, nie wspomaga przy tym tych, których w Sejmie czy Radzie widziałby przywódca ugrupowania. JOW-y mają służyć także temu, by w wyborach szansę na sukces mieli kandydaci pozapartyjni i lokalni aktywiści - brak partyjnych list i progu wyborczego ma zmienić skostniałą scenę polityczną.

Okręgi jednomandatowe mają jednak sporo mankamentów. Co prawda sprawiają, że całościowo może powstać stabilna większość bez konieczności zawierania koalicji, jednak przy tym wytwarza się system dwupartyjny (a więc tylko dwie partie mają realną szansę na władzę - reszta przestaje odgrywać jakiekolwiek znaczenie), co zniekształca wolę pozostałych wyborców. We wspomnianej Wielkiej Brytanii w 2010 roku trzeci w wyborach liberałowie dostali 23% głosów, lecz tylko 9% miejsc w Parlamencie. Dla porównania zwycięskie partie konserwatystów i laburzystów zdobyły o 1/3 mandatów więcej niż wynikałoby to z wyników głosowania. Nie ma mowy o jakiejkolwiek proporcjonalności, a więc odzwierciedleniu rzeczywistych poglądów wyborców. Poza tym JOW-y sprawiają, że jeśli wyborca chce, aby popierana przez niego partia zdobyła mandat, często głosuje na kandydata, który niekoniecznie spełnia jego oczekiwania - a przecież nie ma wpływu na to, kogo partyjni liderzy przydzielą do zamieszkiwanego przez niego okręgu.

  • JOW przesieje radnych?

Jak „jednomandatówki” zadziałają w zgierskiej rzeczywistości? Jeśliby przenieść poparcie ze starych okręgów na nowe i założyć, że w każdym z nich wygra kandydat najpopularniejszej partii, to wyniki są dość zaskakujące. W siedemnastu (!) okręgach wygrałby kandydat PO, w czterech osoba związana z komitetem Jerzego Sokoła, a tylko w dwóch okręgach radnym zostałby ktoś z PiS. Gdy jednak pod uwagę wziąć indywidualne wyniki kandydatów, podział mandatów jest bardziej zróżnicowany. Dziesięć razy wygrałby kandydat spoza partii o największym łącznym poparciu w danym okręgu. Liczebność radnych PO wyniosłaby 10, klub PiS powiększyłby się do 6 radnych, a komitet byłego prezydenta zająłby 3 miejsca. Ponadto Rada liczyłaby przedstawicieli nie trzech stronnictw, lecz sześciu, a czworo pozostałych radnych pochodziłoby z mniejszych komitetów.

Naturalnie to jedynie statystyczne wyliczenia, które udowadniają tylko to, że zróżnicowanie i skład personalny w Radzie ulec może dużemu przetasowaniu. Nie można bowiem przewidzieć tego, którzy kandydaci będą wystawieni w poszczególnych okręgach wyborczych. Wziąć pod uwagę trzeba będzie kandydatów niezależnych, czyli takich, którzy nie będą pochodzić z ogólnomiejskich komitetów. Nigdy także nie wiadomo, czy wyborca popierający daną partię zagłosuje na jej kandydata, zwłaszcza gdy inna osoba podpasuje mu bardziej. Nie zapominajmy, że w przypadku wyborów lokalnych ideologia partyjna niejednokrotnie schodzi na dalszy plan. I dlatego jednomandatowe okręgi wyborcze mogą (ale nie muszą) się znakomicie sprawdzić właśnie na poziomie gminy.

  • Dwa lata kalkulacji

W systemie JOW bardzo istotne jest strategiczne umieszczanie kandydatów w okręgach. Znaleźć można bowiem takie miejsca, w których dane ugrupowanie wygra bez względu na reprezentanta. Są też tacy kandydaci, którzy wygrają niezależnie od posiadanego (lub nie) szyldu, a czasem i w dowolnym rejonie miasta. Z rywalizacji w okręgu zwycięsko wyjdzie tylko jedna osoba - reszta, choćby osiągnęła dobry wynik, zostanie z niczym. Ten właśnie mechanizm powodować będzie z jednej strony przedwyborczą walkę o „atrakcyjne” okręgi, a z drugiej odpuszczanie i wystawianie przez komitet mało znanego kandydata, skazanego na porażkę z osiedlowym „pewniakiem”.

JOW-y są okazją dla tych, którzy nie mieli szans na zdobycie odpowiedniego poparcia w okręgach liczących kilkanaście tysięcy mieszkańców (a w konsekwencji mandatu radnego), ale gromadzili nawet 20-30% głosów na terenie zamieszkałym przez tysiąc ludzi, zostawiając w tyle kandydatów z czołówek list. Teraz będą pracować na własny wynik, więc Rada stoi przed nimi otworem. A kogo w niej zabraknie? Bardzo możliwe, że pożegnamy się z kilkoma twarzami, które nie poradzą sobie w nowej formule i które wykażą się mniejszym sprytem, trafiając na kontrkandydatów, z którymi będą sobie wzajemnie zabierać głosy. Bo w jednomandatowych okręgach wyborczych często liczy się nie tylko to, kto startuje, ale też to, kto nie ubiega się o głosy danego bloku czy osiedla. Obecni i potencjalni radni mają teraz dwa lata na zapoznanie się z nowymi regułami gry. Wyścig uznać można za rozpoczęty.

 

Tekst ukaże się również w październikowym numerze Gazety "Zgrzyt".

Adrian Skoczylas

 

.