WŁĄCZ RADIO EZG!

POSŁUCHAJ:

ezglogo2

 

Aktualnie nadajemy:

winamp mediap

real

A A A

 

Inicjatywa uchwałodawcza dla mieszkańców to słuszna idea, ale potrzebne są pewne ograniczenia. O lokalnym wymiarze demokracji mówi dr Michał Klonowski z Katedry Systemów Politycznych Wydziału Studiów Międzynarodowych i Politologicznych Uniwersytetu Łódzkiego.

Adrian Skoczylas: Czym jest inicjatywa uchwałodawcza z naukowego, politologicznego punktu widzenia? Jaki jest jej cel?

Dr Michał Klonowski: Inicjatywa uchwałodawcza to coś na wzór inicjatywy ustawodawczej, tyle że w skali mikro. Jest to umożliwienie obywatelom składania projektów uchwał, czyli aktów prawa miejscowego, dotyczącego danej społeczności lokalnej. Można się zastanawiać, czy rzeczywiście dotarcie do radnego jest na tyle trudne, że istnieje potrzeba stworzenia dla obywateli dodatkowych ścieżek zgłaszania projektów. Należy odpowiedzieć na pytanie, ile czasu radni poświęcają obywatelom podczas swoich dyżurów, np. w przeliczeniu na jednego mieszkańca ze swojego okręgu. Radni, którzy sami wychodzą do mieszkańców próbując poznać ich potrzeby, należą jednak do mniejszości, większość ogranicza się do krótkiego dyżuru. Kontakt na linii radni – mieszkańcy nie rzadko jest niewystarczający, więc obywatele mogą chcieć sami zgłaszać swoje pomysły.

A.S.: W Zgierzu radni odrzucili projekt wprowadzenia inicjatywy uchwałodawczej dla mieszkańców. Jak Pan uważa, jakie mogły być powody ich decyzji?

M.K.: Na pewno mogli się kierować tymi obawami, które i ja dostrzegam. W skrajnych przypadkach inicjatywa uchwałodawcza może być narzędziem paraliżowania prac rady, wykorzystywanym przez grupę osób nieprzychylnych radzie miasta lub prezydentowi. Myślę, że w pewnym stopniu radni nie chcieli ograniczenia swojego monopolu na władzę i wpływu na miasto. Może bali się tego, że gdyby to zadziałało, to oni staliby się niepotrzebni, że czymś lepszym i tańszym dla miasta okazałoby się coś na kształt zgromadzenia obywateli, demokracji wiecowej. Oczywiście coś takiego nie byłoby możliwe.

A.S.: Jeden z radnych użył określenia „pajdokracja”…

M.K.: Myślę, że to trochę za daleko posunięty komentarz i mało sympatyczny wobec jego odbiorców, czyli mieszkańców. Tak samo można by przecież określić funkcjonowanie inicjatywy ustawodawczej w kraju.

A.S.: Część radnych jednak wsparła ten projekt. Czy są jakieś ewidentne plusy inicjatywy uchwałodawczej?

M.K.: Możliwość zgłaszania inicjatyw uchwałodawczych zwiększyłaby wpływ obywateli na rozwiązanie interesujących ich spraw w okresie, gdy nie zbliżają się żadne wybory, czyli poza często jedynym czasem, w którym politycy przejmują się swoimi wyborcami. Pomiędzy wyborami obywatele mają ten wpływ ograniczony, a w trakcie kadencji pojawiają się drobne problemy, których szybkie załatwienie jest istotne dla danej społeczności. Potrzeba np. zbudowania odwodnienia drogi przejazdowej do przedszkola niekoniecznie połączy ludzi o podobnych poglądach politycznych, którzy wybraliby jednego radnego. Oni chcą ten problem rozwiązać szybko, stąd należałoby im to umożliwić, np. poprzez inicjatywę uchwałodawczą – na tym przecież polega idea samorządności.

Sama idea w moich oczach ma i plusy, i minusy. W przypadku inicjatywy ustawodawczej nie możemy dostrzec spektakularnych sukcesów, są one najczęściej odrzucane przez parlament i nie wchodzą w życie. Jeśli chodzi o poziom lokalny to całkiem słuszna idea, lecz w skrajnych przypadkach może nieść ze sobą pewne niebezpieczeństwa. Choć nie wydaje mi się, by takie inicjatywy były realnym zagrożeniem dla samych ciał przedstawicielskich.

A.S.: Jeśli wprowadzilibyśmy inicjatywę uchwałodawczą, to jakie powinniśmy nałożyć ograniczenia, dotyczące liczby osób ją popierających lub drogi wprowadzania?

M.K.: Wydaje mi się logiczne, aby ilość koniecznych podpisów pod projektem uchwały była niższa niż minimalna liczba głosów potrzebna, by zostać radnym, innymi słowy powinno być to łatwiejsze niż wybranie radnego. Jeżeli radny z najmniejszym poparciem dostał ok. 200 głosów w wyborach, to rozsądną liczbą byłoby np. 150 podpisów. Po drugie, można by ograniczyć zakres tematyczny, którego takie uchwały mogłyby dotyczyć, do spraw jak najbardziej lokalnych. Wyłączyłbym kwestie gospodarcze, np. wysokość podatków oraz kwestie ustrojowe, np. głęboko ingerujące w statut gminy. Z pewnością potrzebny jest jakiś sposób weryfikacji tych projektów poprzez ciało pełniące funkcje lokalnego Trybunału Konstytucyjnego. Jedyną możliwą selekcją tych projektów powinny być de facto właśnie kwestie formalno-prawne: niezgodność z prawem lub wykraczanie poza kompetencje gminy. Możliwość oceny, czy projekt jest „sensowny”, mogłaby prowadzić do nadużyć. Wszystko jednak zależy od tego, jak obywatele korzystaliby z tej inicjatywy - z reguły korzystają rzadko. Myślę, że tych projektów nie byłoby zbyt dużo, więc i selekcja nie byłaby aż tak konieczna.

A.S.: A czy ciałem pomocniczo-doradczym dla mieszkańców mogłyby być organizacje pozarządowe albo rady osiedli?

M.K.: Status rad osiedli jako jednostek pomocniczych bardzo ogranicza ich kompetencje, być może one również powinny posiadać inicjatywę uchwałodawczą, może nawet pojedynczy radni. Mogłoby to oddalić niebezpieczeństwo paraliżu prac rady miasta, a dotarcie do rad osiedli z zasady powinno być łatwiejsze, gdyż zajmują się one mniejszą ilością spraw. Co do organizacji pozarządowych – na terenie gmin działa ich tak dużo, że trudno byłoby im stworzyć ciało zrzeszające je wszystkie, więc włączenie się w proces uchwałodawczy należałoby umożliwić pojedynczym organizacjom pozarządowym. Tylko że skoro mogłoby stowarzyszenie, to czemu nie niezrzeszeni obywatele? To wszystko przecież oznacza tworzenie szczebla pośredniego, a samorząd gminny z założenia powinien być jak najbliżej obywatela.

A.S.: Jak to wygląda w innych miastach w Polsce?

M.K.: Są miasta, które mają możliwość inicjatywy uchwałodawczej, takim miastem jest np. Szczecin. Niestety nie ma zbyt wielu przypadków korzystania z takiej inicjatywy przez obywateli. Są na świecie państwa, np. o charakterze federacyjnym, które często korzystają z tego narzędzia na różnych poziomach: na szczeblu stanowym w USA, landowym w Niemczech czy kantonalnym w Szwajcarii. Zdarzają się też na niższych szczeblach samorządu, choć towarzyszą im ograniczenia, np. katalogu spraw, których te inicjatywy uchwałodawcze mogą dotykać. Nie spotkałem się jednak, by gdziekolwiek na świecie było to masowo wykorzystywane narzędzie.

A.S.: Jeśli w wyborach samorządowych uczestniczy co trzeci obywatel, to czy radni powinni mieć wyłączne prawo do decydowania o sprawach gminy?

M.K.: Z pewnością rządy radnych wybranych przy 30-procentowej frekwencji trudno uznać za „rządy większości”. Z drugiej strony, jeśli zgadzamy się na działanie u nas systemu demokratycznego i określonych reguł gry, to w pewien sposób się na to godzimy. Jesteśmy młodą demokracją, a takie z natury źle funkcjonują. Dobra demokracja musi okrzepnąć, budzić zaufanie u obywateli, a demokracja w Polsce jeszcze nie do końca zyskała autorytet u obywateli, nawet jeśli oficjalnie jesteśmy do niej przywiązani i dalibyśmy się „za nią pociąć”. Można powiedzieć, że nie wykorzystujemy w pełni demokracji, sprawiamy, że jest ona ułomna. Najprostszym narzędziem zwiększającym aktywność obywateli byłoby wprowadzenie obowiązku wyborczego, choć jest to sprawa jeszcze bardziej kłopotliwa niż inicjatywa uchwałodawcza. Demokracja polega na tym, że obywatel ma prawo podejmować takie decyzje wyborcze jakie chce, w tym także nie pójść na wybory. Choć nie idąc do wyborów, zgadzamy się na to, by mandat zdobyli ci kandydaci, którzy wygrają w głosowaniu innych, więc de facto sami na nich głosujemy.

A.S.: Czy inicjatywa uchwałodawcza polepszyłaby lokalne funkcjonowanie demokracji? Czy nie byłoby tak, że z inicjatywy korzystałyby właściwie te osoby, które i tak chodzą na wybory?

M.K.: Szczerze mówiąc, myślę, że sama możliwość inicjatywy uchwałodawczej nie zwiększyłaby zainteresowania demokracją. Demokracji trzeba się przede wszystkim uczyć, trzeba uczyć jej młodych ludzi, którzy są do niej negatywnie nastawieni. Jeżeli jednak w 1989 r. zdecydowaliśmy się na demokrację, to powinniśmy jej dać szansę. Czy inicjatywa uchwałodawcza przyczyniłaby się do wzrostu zainteresowania demokracją na poziomie lokalnym? Osobiście nie sądzę, choć nie jest to niemożliwe.

A.S.: Kiedy byłby dobry czas na inicjatywę uchwałodawczą tak, byśmy nie musieli bać się jej złego wykorzystywania?

M.K.: Trudno jednoznacznie to ocenić. Inicjatywa jest narzędziem ułatwiającym mieszkańcom załatwienie pewnych spraw. Natomiast doświadczenia z inicjatywą ustawodawczą uczą, że i tak nie jest ona w należyty sposób wykorzystywana. Może więc warto byłoby w społeczeństwie zwiększyć liczbę osób, które byłyby przekonane do demokracji, które umiałyby napisać sensowną uchwałę - nie jest to proste, ale można się tego nauczyć. Wzrost świadomości politycznej mieszkańców z większym powodzeniem przyczyniłby się do wpływu na miasto, radni wybierani przez bardziej świadomych obywateli musieliby się bardziej liczyć z ich zdaniem. Wprowadzenie inicjatywy uchwałodawczej samo z siebie do tego nie doprowadzi.

A.S.: A gdyby znów przedłożyć projekt takiej uchwały, tym razem jednak z dużą ilością podpisów poparcia?

M.K.: Myślę, że uświadomiłoby to radnym, iż istnieje poparcie społeczne dla takiej inicjatywy, może bardziej by się nad nią pochylili, w końcu chodzi o także ich wyborców. Nawet nie trzeba by tego robić bezpośrednio pod projektem uchwały, już sama duża liczba osób nieformalnie popierających wprowadzenie tej inicjatywy powinna dać radnym do myślenia.


Rozmowa ukazała się także w Zgierskiej Gazecie Niezależnej „Zgrzyt”.

.