WŁĄCZ RADIO EZG!

POSŁUCHAJ:

ezglogo2

 

Aktualnie nadajemy:

winamp mediap

real

A A A

 

Przez cały ten czas, kiedy trwała nagonka na Ministerstwo Zdrowia (swoją drogą przyznaję - resortu trudnego do prowadzenia), zastanawiałem się skąd u ludzi ta wściekłość o kolejki, protesty lekarzy czy biurokratyczną przesadę. Jasne, byłem świadkiem wielu sytuacji, gdy w przychodniach ważniejsze od pacjenta były papiery, ale nie sądziłem, że jest aż tak źle. Do momentu, kiedy sam nie potrzebowałem pomocy. Jak to mówią - bliższa ciału koszula…

Wszystko zaczęło się od niefortunnego wypadku w domu, każdemu może się to przecież przydarzyć. Normalnym jest, że gdy coś mnie zaniepokoi, co związane jest z moim zdrowiem, to udaję się do lekarza. Tak też zrobiłem tym razem. W przychodni, jak nigdy, nie było akurat kolejki, więc lekarz pierwszego kontaktu okazał się nim nie tylko z nazwy. Poszło szybko: wizyta i od ręki skierowanie do szpitala. Zdziwiony zapytałem, dlaczego tak od razu wysyła mnie na oddział, na co rezolutna pani doktor odparła - „bo i tak pana nie przyjmą szybko u specjalisty”. Pomyślałem: dobra nasza, będę miał przynajmniej zrobione kompleksowe badania, tak jak robią to z pijakami, których przywożą karetką jak prywatną taksówką, a ci mają robione od ręki: tomografię (przeciętny człowiek na takie badanie czeka średnio kilka miesięcy), USG, RTG, morfologię, itd. Udałem się zatem na izbę przyjęć do szpitala, jak głosi nazwa – specjalistycznego.

I tu się zaczęło. Korytarz wypełniony ludźmi po brzegi, kobieta przede mną zwijająca się z bólu, skulona na podłodze, czekająca na specjalistę, który zejdzie w końcu z oddziału; lekarze kłócący się miedzy sobą w niewybrednych słowach o ilość przydzielonych im pacjentów – jednym słowem: koszmar! Gdybym brał udział w prowokacji i miał ukrytą kamerę, to bym całą tą sytuację nagrał. Materiał na wciągający reportaż byłby jak znalazł. Podałem moje skierowanie lekarzowi, który mnie o nie poprosił i od razu wziął mnie na wywiad. Pomyślałem nawet, że zaraz będzie po sprawie, skoro biorą mnie „za parawanik”. Niestety, usłyszałem tylko magiczne: „trzeba czekać na specjalistę”. No to sobie poczekałem godzinę. Nie, nie na diagnozę, tylko na to, żeby specjalista wystawił skierowanie na badanie USG. Czemu nie można było mnie tam wysłać od razu? Nie wiem.

Kontynuując moje tourne po szpitalu, udałem się w miejsce, gdzie ostrzeżenia o promieniowaniu wprowadzają każdego w nastrój rodem z Czarnobyla. Widzę trzy osoby w kolejce, jedną w gabinecie, obsługę stanowią dwie panie doktor. I znów poczułem, jak przepełnia mnie nadzieja, że operacja pod kryptonimem „USG” pójdzie w miarę sprawnie. O ja naiwny, przeliczyłem się, a jak! Do gabinetu ni stąd, ni zowąd, bez kolejki, wchodzi mężczyzna – jak się później okazało, bardzo dobry znajomy jednej z pań wykonujących badania. „Buzi-buzi, dziękuję, proszę” - pełna kulturka, choć poza kolejką, rzecz jasna. Podszedłem do jednej z rezydentek pracowni radiologicznej i zwróciłem uwagę, że chyba jest coś nie tak, skoro my jako pacjenci skierowani z izby przyjęć czekamy tu już troszkę czasu, a jegomość wchodzi bez kolejki po znajomości. Pani radiolog spojrzała na mnie jakbym urwał się z innej planety po czym z uśmiechem odparła: „a nawet gdyby to co?”. Pozostawiłem to bez komentarza, skazany na łaskę obsługi, a znajomym pań niestety nie będąc. Na domiar wszystkiego do pracowni zjechało dwóch pacjentów z oddziałów, którzy mają pierwszeństwo w badaniach. Tym sposobem w poczekalni zrobił się mały tłum.

Udałem się więc ponownie na izbę przyjęć i informując panią pielęgniarkę, że skoro 
na samym oczekiwaniu na badanie zejdzie mi jeszcze około dwóch godzin, zapytałem, czy jest możliwość wykonania go poza szpitalem, czyli prywatnie. Niestety nie, bo „to musi być opisane przez lekarza ze szpitala”. Wróciłem niepocieszony do szeregu i czekałem.  Badanie w końcu wykonano, wróciłem na izbę i tu farciarz ze mnie - zastałem lekarza. Ten podjął decyzję o tym, że mam zostać w szpitalu. Muszę przyznać – imponujący wynik czterech godzin tułania się po kazamatach szpitala wprawił mnie w stan totalnego zobojętnienia, ze zmęczenia było mi już wszystko jedno, co będzie dalej. Na oddziale przeleżałem tyle, ile trzeba, by NFZ zwrócił szpitalowi koszty mojego leczenia. Na odchodne zalecono mi opiekę poradni specjalistycznej i poszpitalną wizytę kontrolną. Zapisać się na nią udałem się równie spiesznie, co niespieszny termin mi przydzielono – na czerwiec, trzy miesiące po wypisie. Lekarz pierwszego kontaktu, do którego udałem się z dokumentacja szpitalną, bez skrępowania zasugerował, żebym w tym układzie skorzystał z wizyty prywatnej (średnio 100 zł za wizytę).

Wszystko to, czego doświadczyłem jako polski w pełni ubezpieczony pacjent, dało mi mocno do myślenia, poza tym, że w kość oczywiście. Zadaję sobie pytanie, gdzie podział się człowiek w tej całej biurokratycznej machinie z nazwy tylko służby zdrowia. Nie obwiniam lekarzy, którzy 
w podobnym stopniu są ofiarami tego samego systemu, co my pacjenci. Składkę zdrowotną, która wynosi obecnie 254,55 zł(!), lepiej oddać w ręce ludzi, którym jest ona co miesiąc odciągana od pensji, a wszystkich nas będzie stać na prywatną opiekę zdrowotną, bez kolejek, znajomości i poczucia, że jest się piątym kołem u wozu, a nie wymagającym pomocy człowiekiem. Zamiast wydatków na Kościół, które w ubiegłym roku wyniosły wedle różnych szacunków od blisko miliarda do ponad trzech, może warto pomyśleć o zwykłym człowieku, który płaci państwu haracze za wątpliwej jakości należne mu usługi.

Można by w tym miejscu użyć wyświechtanego „c’est la vie”, tylko że to życie na zachodzie, w krajach, które podobno gorzej od Polski radzą sobie z kryzysem, funkcjonuje na zdecydowanie wyższym poziomie. Tam o rejestrze usług medycznych i zbliżonej formą do plastikowego dowodu karcie pacjenta wiedzą już od dawna. Nie muszą natomiast pamiętać o co miesięcznym bieganiu do pracodawcy po dokument ubezpieczenia. Tam po wizycie w przychodni czy szpitalu człowiek nie czuje się jeszcze bardziej chory.

Adam Marek Kostecki

.