WŁĄCZ RADIO EZG!

POSŁUCHAJ:

ezglogo2

 

Aktualnie nadajemy:

winamp mediap

real

A A A

 

W jednej reklamie mówiono, że za wiele rzeczy można zapłacić, inne zaś są bezcenne. Czasem jednak okazuje się, że sprawy bezcenne bardzo łatwo można kupić, a właściwie - sprzedać. W dodatku za nieprzysłowiową złotówkę, prywatyzując przy tym w pewnym stopniu publiczne jakby nie patrzeć media.

Mam poczucie, że każdy zdrowo myślący człowiek, któremu nie jest obca wrażliwość, a za takowego mimo wszystko się uważam, rozumie powagę czyjejś choroby i choć może nie wyrażać tego publicznie, trzyma kciuki za czyjeś wyzdrowienie. Niezależnie od postaw chorej osoby, jej działań, poglądów czy stopni naukowych. Znam jednak sporą część zdrowo myślących ludzi, którzy podobnie jak ja odczuwają dyskomfort, gdy ktoś swoją chorobę przeżywa publicznie, nie raz i nie dwa dzieląc się swoją intymnością i prywatnością na łamach miejskiej gazety.

Przez długi czas temat ten uznawano, i sam również uznawałem, za pewnego rodzaju tabu. Pomimo swoistej kampanii popularyzującej współczucie i zbiorowe dawanie otuchy, pomimo „poważnienia na siłę” tych, którzy przy innych okazjach niejednokrotnie nie wiedzą co to umiar i szacunek – publicznie nie okazywano swojego (nie bójmy się słów) zażenowania. Słusznie bowiem uznaje się, że pewnych spraw nie wywleka się na światło dzienne, bo nie przystoi, bo czasem lepiej coś przemilczeć, żeby nie wyświechtać poważnych spraw.

Lecz kiedy poziom współczucia i wzruszenia osiąga zenitu, okazuje się, że wszystko to jest jakąś kiczowatą bańką mydlaną albo nawet (cynicznie?) napompowanym balonem. Bo trudny moment w czyimś życiu niestety staje się nie okazją do jak najbardziej słusznej promocji profilaktyki, dbania o zdrowie albo cenienia życia, lecz wymówką i pretekstem do przytyków wobec tych, którzy mają odmienny punkt widzenia na wiele spraw dotykających nasze miasto. Bo między wierszami, a tu i ówdzie nawet wprost, przekonuje się nas, że jeśli ktoś ośmiela się krytykować władzę, to „atakuje” nie osobę sprawującą urząd prezydenta, ale zmagającą się z chorobą kobietę i matkę. A przecież ani to „właściwe”, ani „etyczne” zachowanie, a już na pewno „zabrakło tu wyczucia chwili”…

Ani jednak etyka, ani tym bardziej „wyczucie chwili” nie przeszkadzają osobom zainteresowanym nieelegancko zachowywać się wobec swoich oponentów. Najlepszym tego wyrazem jest niewybredna twórczość naczelnych rzeczników pani prezydent w postaci zgierskich Młynarzy. I nawet nie chodzi o odnoszenie się do nich sensu stricto, bo tę polemikę podejmuję w innym, bardziej satyrycznym niż niniejszy tekst, miejscu. Zasadną i smutną jest po prostu nieobca mi refleksja, że zgodę na publikację najnowszego ich gazetowego tekstu chociażby, wydawca gazety udzielił(a) być może jeszcze ze szpitalnego łóżka… A artykuł ten, odnoszący się m. in. do prywatnych spraw (a nawet fryzury) krytykującej niektóre działania pani prezydent radnej, do wybitnie „wyczuwających chwilę” nie należy. O innych mało taktownych zachowaniach anonimowych (!) rzeczników władzy w ostatnim czasie nie wspominając, żeby nie promować.

Warto chyba zacząć w końcu mówić głośno o tym, że publiczna prezentacja tego, co nazywa się „pamiętnikiem” jest co najmniej niestosowna, a szczerze mówiąc żenująca. Bo pamiętniki mają to do sobie, że ich treść ma charakter prywatny i nie jest przeznaczona do wiadomości tysięcy mieszkańców, z których później można wyodrębnić tych złych, którzy „nie wyczuli chwili”. Zasadą upubliczniania prywatności kierują się te gazety, które słusznie zwie się brukowcami. A przecież im również przyświecają wzniosłe cele, gdy opisują ostatnie chwile „przed” albo pierwsze chwile „po”…

I choć tak po ludzku chciałbym zrozumieć, to również po ludzku – zrozumienia nie znajduję. Bo upubliczniana choroba, będąca zarazem wymówką i przepustką, w przeciwieństwie do Słowackiego, nie wzrusza. Zwłaszcza taka sprzedawana za złotówkę i wymagająca „wyczucia chwili”. Z jednej tylko strony.

Adrian Skoczylas

.