WŁĄCZ RADIO EZG!

POSŁUCHAJ:

ezglogo2

 

Aktualnie nadajemy:

winamp mediap

real

A A A

MłynOstatnie dni obfitowały w liczne i nieoczekiwane zmiany miejsc i zwroty akcji. Dzień po dniu Zgierz stracił dwóch wiceprezydentów – jednego z powodów oficjalnie politycznych, drugiego (parającego się młynarskimi profesjami) z powodów oficjalnie zdrowotnych. I jak to zwykle w naszym mieście bywa – rozpoczęły się wakacje, a wszyscy nad zmianami przechodzą do porządku dziennego.

Wszystko to z powodu absolutorium dla prezydent Iwony Wieczorek i sesji miejskiej rady ten temat podejmującej 28 czerwca. Co prawda, jak słusznie na portalu społecznościowym napisał jeden z radnych wojewódzkiego sejmiku (przy okazji znajdujący czas na prowadzenie zgierskiego młyna), „absolutorium udziela się za wykonanie budżetu”. Niemniej ani on, ani jego pobratymcy z PiS-owskiego klubu radnych nie pamiętali o tym, gdy do głosowania nad rzeczonym absolutorium dochodziło. Wtedy nagle okazało się, że dodatkową okolicznością wykonywania budżetu przez prezydent jest zwolnienie jednego z jej zastępców. Nic to, że sami owego zastępcę (a właściwie ową zastępczynię) raptem półtora roku wcześniej rekomendowali. Zawsze przecież takie poparcie można cofnąć. Oficjalnie zarzutów brak, a wszyscy (łącznie z opozycją) chwalą byłą już wiceprezydent Bogumiłę Kapustę, uznając za najlepszą z całej trójki „naczelnych” zgierskiego urzędu. Ale ponoć „decyzje klubu nie biorą się z rękawa”, czego niestety (przy całym szacunku, jakim obdarzam osobę, której jeszcze osobiście nie poznałem) nie można powiedzieć o nowym wiceprezydencie Przemysławie Staniszewskim, którego w Zgierzu nie zna praktycznie nikt poza człowiekiem, któremu prezydent miasta „nie odmawia”.

Iwona Wieczorek, której szczytem możliwości sprzeciwu wobec „koalicjanta” było ustanowienie Bogumiły Kapusty naczelniczką Wydziału Pozyskiwania Środków skrzętnie policzyła, że pięć głosów radnych to więcej niż jedna, nawet zaprzyjaźniona i bezbłędnie działająca wiceprezydent. Nazwała to „decyzją polityczną”, w najgorszym tego sformułowania znaczeniu. Stwierdzenie to jest przyznaniem, że w jej hierarchii wartości „brak argumentów” jest cenniejszy niż „brak błędów”, co zresztą ma się rozumieć samo przez się. Pozostaje wyłącznie pogratulować takiej postawy.

Dla podkreślenia powagi sytuacji, Bogumiła Kapusta wystąpiła z partii Prawo i Sprawiedliwość. Tu i ówdzie w dodatku rozpoczęła kampanię broniącą prezydent Wieczorek przed (wszelką zapewne) krytyką, co być może trzeba rozumieć jako przyznanie racji, że „brak argumentów” cenniejszy jest od „braku błędów”. PiS-owska brać się podzieliła: jedni stać chcą za prezydent i jej byłą zastępczynią, jeden zaś (przy okazji radny sejmiku wojewódzkiego, prywatnie będący ostoją zgierskiego młynarstwa) za swój główny cel obrał wszelką możliwą krytykę „Królewny Śnieżki” (nawiązanie do roli odgrywanej przez Kapustę w przedstawieniu dla dzieci). Zapewne i krytyka ta „nie bierze się z rękawa”, choć skupia się ona głównie na tym, co miało miejsce po absolutorium, nie przed.

A propos młynarzy, to na placu boju z „kilku” zostało już tylko „kilku minus jeden”. Do współtworzenia rubryki Młynarze ze Zgierza przyznał się Grzegorz Leśniewicz, który z powodów zdrowotnych zrezygnował z funkcji wiceprezydenta, więc teraz może powrócić do sprawowania funkcji w służbie więziennej (więc i z młynarstwem mu teraz nie po drodze). Ta jest bowiem na tyle mniej stresująca („i wyraźniej widać, kto jest dobry, a kto zły”), że i „podreperować zaniedbane zdrowie” będzie łatwiej.

Zostawiając jednak zdrowie byłego już wiceprezydenta, warto skupić się na tym, co Leśniewicz sobie chwali, a czego chwalić sobie nie powinien, czyli twórczości spod znaku zgierskich młynarzy. Tłumacząc z polskiego na nasze: osoba sprawująca jedno z najważniejszych stanowisk w mieście przez długi okres anonimowo obdarzała mniejszą lub większą krytyką (doprawioną ironią, a gdy jej zabrakło – błotem) swoich politycznych konkurentów (i nie tylko) na łamach miejskiej gazety. Słusznie uznał to Mateusz Mirys ze „Zgrzytu” za objaw „osobistego tchórzostwa i instytucjonalnej pogardy władzy publicznej dla uczciwości”. Nie sposób nie przyznać racji, w końcu Grzegorz Leśniewicz „powtórzyłby każde słowo”. Choć tego nie zrobi, nie jest już przecież „postacią anonimową”, to wyrazem jego dumy jest nieustająca lojalność wobec (w dalszym ciągu oficjalnie anonimowych) pozostałych młynarzy.

Wątłą stronę merytoryczną tekstów Młynarzy wzmacniały docinki odnośnie do sfery prywatnej, od błędów ortograficznych po fryzurę. Inspiratorką i nadzorczynią ich artykułów w ITZ była prezydent Wieczorek. Nic z opisywanych ludzi i zgierzan nie robiła sobie ani ona, ani oboje jej wiceprezydenci (w tym jeden czynnie w twórczość literacką zaangażowany), ani redaktor naczelna "dwutygodnika promocyjno-informacyjnego", Dorota Jankiewicz. Wszyscy uznawali, że dużo fajniej jest anonimowo kogoś obsmarowywać, niż z nim odpowiedzialnie, bo pod nazwiskiem, rozmawiać. I wciąż tak zapewne uważają, bo choć Grzegorz Leśniewicz za młynarską twórczość „już nie odpowiada”, to młynarskie wpisy nadal się ukazują (choć nie w ITZ). I ukazywać się będą. Ku uciesze zgierskiej gawiedzi, dla której jest to niezobowiązująca forma rozrywki, oceniana wyłącznie przez pryzmat fajności/nudności, różnorodności/monotonności.

Roli biernych statystów nie odegrali również w ostatnim czasie radni związani z byłym prezydentem ("odwołało" go 1,5 roku temu społeczeństwo, gdy przegrał wybory prezydenckie) Jerzym Sokołem, którzy w celu zapewnienia spokoju rządzenia w mieście, również zagłosowali za absolutorium dla Iwony Wieczorek. Nie za darmo bynajmniej. Całkowicie przypadkiem oczywiście nowym zastępcą prezydent zostanie Bohdan Bączak, który tak się złożyło, zna i lubi byłego prezydenta, a w związku z nagłą chęcią „podreperowania swojego zdrowia” przez Grzegorza Leśniewicza, wakat na stanowisku był i czekał, więc wszystko jest w porządku. Jerzy Sokół co więcej odtąd jako dyrektor dbać ma o działalność Towarzystwa Budownictwa Społecznego w Zgierzu, które do tej pory bez jakiegokolwiek dyrektora sobie zwyczajnie nie radziło. Przy okazji bowiem odchodzący Leśniewicz wpadł nagle na pomysł, by prezydent Wieczorek zleciła w TBS kontrolę. Ciekawe co na to jej nowy zastępca, który jest TBS-u prezesem?

Nie wiem, jak by takie zarządzanie miastem skomentował wielbiony przez Grzegorza Leśniewicza Marek Aureliusz, ale trzeba by przyznać, że „źle się dzieje w mieście zgierskim”. Prezydent Wieczorek i była wiceprezydent Kapusta przyjaźnią się bardzo, ale nie na tyle, żeby ta pierwsza była w stanie zrobić coś, by tej drugiej nie oczerniano. W końcu pięć głosów radnych piechotą nie chodzi, a i miernym, ale wiernym poparciem głównego zgierskiego Młynarza (a przy okazji radnego sejmiku wojewódzkiego) trudno pogardzić. Słabość zgierskiej prezydent w walce o bycie prawdziwym prezydentem, który dba o miasto, a nie o koalicjantów, dałaby się jeszcze przeżyć, gdyby nie to, że nawet tej walki nie podejmuje. A wtórują jej pozostali.

W środę (4.07) i piątek (6.07) redaktor Telewizji Centrum, Piotr Kindela rozmawiał kolejno z Bogumiłą Kapustą i Grzegorzem Leśniewiczem. Dla obojga nie był to ani czas, ani miejsce na wyjaśnienie zgierzanom postępowań władz. Nie wiemy więc ani tego dlaczego odchodzi ktoś, komu w zakresie obowiązków nie można nic zarzucić, ani jakie to „ciemne siły chcące osłabić prezydent Wieczorek”, mają nadejść. Po raz kolejny zgierskie władze dają do zrozumienia, że to, co się dzieje w urzędzie, to ich sprawy prywatne. Przecież nie ma innej niż media płaszczyzny do komunikacji z mieszkańcami miasta i wyjaśniania urzędowych decyzji, zwłaszcza tych „politycznych” (wbrew pozorom one naprawdę nie należą do niewytłumaczalnego „Archiwum X”). Nie raz w ciągu ostatniego półtora roku głównym powodem przeróżnych decyzji władz był argument: „bo mogę”. Koalicjanci dyktują prezydent, kto ma być jej zastępcą, „bo mogą”; prezydent nie tłumaczy swoich decyzji, „bo może”; ona i jej byli zastępcy nie mówią prawdy mieszkańcom, „bo mogą”.

A gdzie w tym wszystkim interes miasta i mieszkańców? To oczywiście pytanie retoryczne. Choć może trzeba je zadać, skoro władze UMZ przez ostatni czas unikały go jak ognia. Ale przecież zostały wybrane w demokratycznych wyborach, więc… „mogą”. Mogą, bo niewiele osób na to reaguje. Ci, którzy politologicznie nazwani zostaliby „lokalnymi elitami”, ograniczają się do gawędzenia po kątach. W końcu prezydent to „szefowa” części z nich, a to, co robi jako wybrana przez społeczeństwo, należy do jej spraw prywatnych.

W Zgierzu osoby na stanowiskach się zmieniają, ale folwarczno-młynarski styl sprawowania rządów pozostaje stały - do następnego głosowania nad absolutorium chciałoby się rzec. Choć kto może wiedzieć, co wydarzy się przez cały najbliższy rok w zgierskim „Gajdołku”? Na pewno nie mieszkańcy. Oni nie są o takich rzeczach informowani. To przecież prywatne sprawy rządzących.

PS. Powyższy tekst napisałem jako osoba prywatna. Nie należy go łączyć ani z poglądami redakcji, ani stowarzyszenia, ani niczym innym. Właściwie to nie powinno się go łączyć nawet z niżej podpisanym autorem – uznajmy po prostu ten tekst za anonimowy. Liczę na zrozumienie w tej kwestii. Gdzie jak gdzie, ale w Zgierzu, a zwłaszcza w naszym magistracie na wymienności tego, co publiczne, a co prywatne znają się doskonale. A i szeroko pojmowana „anonimowość” jest w cenie.

Adrian Skoczylas

 

.