WŁĄCZ RADIO EZG!

POSŁUCHAJ:

ezglogo2

 

Aktualnie nadajemy:

winamp mediap

real

A A A

kazimierz mrowczynskiKazimierz Mrówczyński - nestor zgierskich sportowców. Pływał i grał w hokeja jeszcze przed wojną. W styczniu skończył 93 lata, w zeszłym roku pobił rekord Polski seniorów w kat. "Masters". Jest najstarszym w Polsce wciąż startującym zawodnikiem. Z "Druhem" rozmawiała Anna Zarzycka.

Do tej pory znałam pana Kazimierza słabo. Miałam jedynie okazję podziwiać go za jego start na ubiegłorocznej Olimpiadzie Seniorów w Łazach. Jednak już na pierwszy rzut oka widać było, że to ciepły, pogodny, wzbudzający natychmiastową  sympatię, młody duchem człowiek. Bardzo sprawny fizycznie. Wyprostowana sylwetka, sprężysty krok i uśmiechnięta twarz bez szczególnie widocznych zmarszczek. Nie musi używać okularów. Jak się wkrótce przekonałam ma nie tylko doskonały wzrok, ale i świetną pamięć.

A.Z.: Jak zaczęła się pana przygoda ze sportem, zapewne w latach szkolnych?

Kazimierz Mrówczyński: Urodziłem się w Nakle nad Notecią w 1922 roku. Ponieważ ojciec nie miał pracy, już w tym samym roku  rodzice przeprowadzili się do Zgierza. Tu chodziłem do Szkoły  Podstawowej  nr 7. Tak, całe moje życie jestem związany ze sportem, z różnymi dyscyplinami, ale pierwszą moją dyscypliną było pływanie. Sam nauczyłem się pływać, ale po wygraniu szkolnych zawodów już mnie zauważyli i wzięli do sekcji pływackiej Klubu Sportowego „Boruta”. Przed wojną była to bardzo dobra sekcja,  która się liczyła w Polsce. Już nie byłem samoukiem. Mieli na mnie oko samozwańczy instruktorzy, bo to nie byli trenerzy, ale lepsi byli ode mnie, bo byli o rok starsi (śmiech).

A.Z.: Wszyscy pana znajomi mówią o panu "Druh". Dlaczego?

K.M.: Druh to z harcerstwa i ze straży pożarnej. W 1937 roku, po skończeniu szkoły zawodowej zostałem przyjęty do Zgierskiej Fabryki Maszyn i Odlewni Żeliwa Juliusza Hoffmana, gdzie pracował również mój ojciec. Rok wcześniej, bo w 1936 roku wstąpiłem do ZHP. Wtedy właśnie w moim życiu pojawił się hokej. Ale to już historia….

A.Z.: Proszę opowiedzieć…  

K.M.: W „dzikiej drużynie”  grałem już przed wojną,  a potem podczas okupacji. W mojej drużynie grało 3 Niemców, bo to przecież  byli koledzy. Kiedy koledzy Niemcy poszli do wojska, to my połączyliśmy się z drugą „dziką drużyną”  i tak powstała Sekcja, którą my nazywaliśmy „Zakręciaki” (w czasie okupacji konspiracyjna grupa „Zakręt”, trudniła się nie tylko prowadzeniem i organizowaniem imprez sportowych, ale także działaniami dywersyjnymi na terenie Zgierza- przyp. A.Z.)

(Pan Kazimierz pokazuje zdjęcia harcerskiej drużyny hokejowej zrobione w Łagiewnikach) 

A.Z.: W hokeja grał pan również po wojnie?

K.M.: Oj tak, długo grałem, bo do 42. roku życia - byłem dziadkiem na lodowisku. W Zgierzu – to ewenement - były 3 drużyny hokejowe HSK, Boruta i Włókniarz.  Ja grałem w drużynie Włókniarz, grałem w I lidze.  Włókniarz był na fali  – to była słynna drużyna. Podobno byłem dość dobry, ale nie będę się chwalić. Mam „dokumenty” (śmiejąc się, pokazuje wycinek prasowy) Ten wycinek prasowy jest z 1948 roku, to moja  relikwia - I Ogólnopolski  Turniej Hokejowy. Włókniarz zajął I miejsce – ja  zdobyłem  19 bramek. Byłem bardzo szybkim zawodnikiem.

(Potem pan Kazimierz patrzy na pożółkłe fotografie i wspominał ciepło, nieżyjących już niestety kolegów z drużyny Włókniarza: Jurka Przytulskiego, Jurka Urbańskiego - kolegę ze szkoły i Mietka Paszkowskiego – uczestnika  bitwy pod Monte Casino. Zamyśla się, ale już po chwili pokazuje zdjęcia ojca–strażaka)

K.M.: Ciągotki do straży miałem po ojcu, 45 lat służyłem w Ochotniczej Straży Pożarnej, ale mało tego,  mój wnuk, był zawodowym strażakiem, kończył Szkołę Pożarniczą w Poznaniu. Teraz jest na emeryturze mimo, że nie ma jeszcze 50 lat. Pracował w Straży Pożarnej  w Łodzi. Syn, rocznik 46', też był w straży. Ja zostałem nawet Naczelnikiem Straży. Miałem 120 ludzi pod sobą. To duża odpowiedzialność i za ludzi i za sprzęt. Ja tego stanowiska w ogóle nie chciałem. Nie miałem przecież wykształcenia, ale ludzie z Komendy Wojewódzkiej mnie znali … z hokeja, kiedy grałem w Łodzi i pewnie dlatego zostałem Naczelnikiem.

(Biorę do ręki pożółkłą fotografię, podpisana – rok 1947)

K.M.: Starty w zawodach pływackich zaczęły się po wyzwoleniu. Dwa razy byłem mistrzem Okręgu Łódzkiego i mam dyplomy na 100 i 200 m. Później byłem na  I Mistrzostwach Polski - po wyzwoleniu - w Poznaniu, właśnie to jest to zdjęcie. To ja, a to Janek Dąbrowski. Sport był zawsze bardzo ważny w moim życiu. Grałem w piłkę nożną, trochę boksowałem i biegałem zarówno na długich jak i krótkich dystansach.

A.Z.: W połowie lat sześćdziesiątych skończył  pan czynnie uprawiać sport, choć tak naprawdę nigdy pan ze sportem nie zerwał. Do dzisiaj pan pływa i bierze udział w pływackich zawodach, nie tylko w Polsce, ale i m.in. w mistrzostwach Europy.

K.M.: Jestem w tej chwili najstarszym startującym zawodnikiem, ale w dalszym ciągu mam niezłe wyniki – pobiłem rekord Polski, a płynąłem z zawodnikiem chyba o 10 lat młodszym (pokazuje dyplom) W 2006 rok zająłem I miejsca w startach w Poznaniu, Gdyni, Kozienicach, Ożarowie Świętokrzyskim i Warszawie. W sumie mam 70 medali i wszystkie złote, tylko te 4 srebrne z Mistrzostw Europy w Słowenii w 2007 roku.

Mam również stamtąd pamiątkowa bransoletkę, z którą się nie rozstaje. Ostatnie osiągnięcia to w roku ubiegłym. W czerwcu w Olsztynie, zdobyłem 4 złote medale w Ogólnopolskich Zawodach Masters na 400, 200, 100 i 50 m oraz pobił rekord Polski, stylem dowolnym w swojej kategorii wiekowej 90-94 lat. W listopadzie w Mistrzostwach Polski w Katowicach też 4 medale złote. W Opolu w Otwartych Mistrzostwach Polski też 4 rekordy Polski w stylu dowolnym.

A.Z.: Jak teraz wygląda pana trening?

K.M.: Kiedy nie szykuję się na zawody to raz w tygodniu chodzę na basen i tam przepływam od 1200 m do 1500 m na jeden trening, a jak się przygotowuję do zawodów to dwa razy w tygodniu chodzę na basen. Bo jeżeli jeżdżę na zawody, to chcę dalej poprawiać swoje wyniki. Dzisiaj już o to trudno, ale staram się.

A.Z.: Czy ktoś pomaga panu w przygotowaniach?

K.M.: Nie ja sam pływam, ale mamy trenera. Jest już na emeryturze, ale pływa z nami. A jak się chce coś poradzić to on zawsze służy radą. Jest moim opiekunem. W tym roku, jak zdrowie dopisze, też chciałbym pojechać na Mistrzostwa Polski.

A.Z.: Życzę zatem dużo zdrowia, udanych startów  w zawodach i wielu kolejnych medali! Dziękuję za rozmowę.

W rozmowie pan Kazimierz kilkakrotnie mówił: „Pani mi nie wierzy? Jak pani nie wierzy to pokażę…”.   Sięgał po dyplomy, zdjęcia i wycinki prasowe. Może i miałam rozszerzone źrenice i otwarte usta, ale to z podziwu,  a nie z niedowierzania. Jego osiągnięcia są przecież faktem. Budzą szacunek i podziw. Niezwykły człowiek - praca, sport, służba w straży pożarnej, aby to pogodzić i osiągać sukcesy, trzeba było ogromnej  samodyscypliny. Odwaga zawsze determinowała i popychała go do działania.  Cokolwiek robił, robił to z pasją i zaangażowaniem.  Teraz też osiąga sukcesy. Pomimo wieku zawodnicza chęć rywalizacji pozostała. 

.