WŁĄCZ RADIO EZG!

POSŁUCHAJ:

ezglogo2

 

Aktualnie nadajemy:

winamp mediap

real

A A A

 


Kochają teatr i nie potrafią się z nim rozstać. Nie przeszkadza im nawet to, że na próby znajdują chwilę czasu tylko w niedziele. Zaczynali sami, nie było reżysera, który pokazałby im właściwą drogę. Teraz? Dojrzali, niekonwencjonalni, niepowtarzalni.
Teatr Poprzecznie Prążkowani.


Paula Baranowska:
Niektórzy z Was ukończyli już studia, niektórzy właśnie je kończą, a żadne z Was nie zdecydowało się na szkołę teatralną. W takim razie po co Wam próby i teatr?

Agnieszka Królikowska: Na początku to było nowe doświadczenie, świetna zabawa, możliwość poznania ciekawych ludzi. Z czasem jednak tak mocno zżyliśmy się z teatrem, że nie potrafimy tego rzucić w kąt z byle powodu. Najbardziej cieszą nas sytuacje, gdy tak jak Piotrek, ktoś odchodzi z zespołu, ale po jakimś czasie wraca.

PB: Co jest niezbędne do tego, żeby grać?

AK: Chyba trochę wyobraźni.

Katarzyna Żuk: Myślę, że przede wszystkim chęci. I nie można bać się otwarcia na własne ciało, głos, emocje. Poza tym talent, coś, co jest dane od siły wyższej, od Boga. To coś, co pozwala przykuć uwagę widza. Agnieszka też oczywiście ma rację – wyobraźnia i marzenia.

AK: I nutkę ekshibicjonizmu, żeby chcieć to wszystko pokazać.

PB: Gdybyście mieli krótko określić swoje spektakle?

AK: Śmierć, śmierć, śmierć (śmiech). Jest w każdym naszym przedstawieniu. Poza tym wszystko się zmienia.

KŻ: Staram się tak pracować i tak wymyślać konwencję i formę przedstawienia, żeby za każdym razem wyszło coś innego. Nie ma takiej sytuacji, że ktoś widząc pierwszą scenę spektaklu wie, że to właśnie my gramy. Nie ma w nich charakterystycznego dla nas sznytu, czy maniery. Śmiejemy się z tej śmierci, bo okazuje się, że tak się to wszystko układa, że zawsze ktoś już nie żyje, ginie albo o śmierć się ociera.

PB: Największe wyzwanie, jakie przed Wami stanęło?

KŻ: Dla mnie każda nowa rzecz jest wyzwaniem. Ja mam takie wrażenie jak przed daleką nieznaną podróżą – cieszę się, a jednocześnie się boję. To jest kolejny autor, kolejny tekst, trzeba użyć zupełnie innych środków niż poprzednio. Nowa przygoda i fajna przygoda, bo tak naprawdę sami nigdy nie wiemy, co wyjdzie na koniec.

PB: Czy jest coś, co Wam się szczególnie marzy – rola, spektakl?

AK: To, nad czym teraz pracujemy, czyli sztuka pt. „Następnym razem zaśpiewam dla ciebie”, którą napisał James Saunders. My nie nakręcamy się na jakieś konkretne role, nie marzy nam się np. zagrać Hamleta. Działamy pod wpływem impulsu – jest rzecz, która nas zainteresuje, albo coś, co nas trapi, przeszkadza w otaczającym świecie. Poza tym fajnie byłoby wrócić do rzeczy, które kiedyś nie wyszły – np. prace nad tekstem były już zaawansowane i nagle „posypała” nam się obsada, zmienił się skład grupy.

Piotr Matusiak: Jeśli tylko komuś urodzi się jakiś pomysł to po prostu dyskutujemy o tym i kiedy wszyscy go zaakceptują, działamy.

PB: Czy jest taka rzecz, której nigdy w życiu nie podjęlibyście się?

AK: Ja nie chciałabym zagrać pod koszem na sali gimnastycznej. Mam już to za sobą i nie chcę tego powtarzać.

KŻ: U nas to jest kwestia tego, że się znamy i ja wiem, czego bym Wam nie chciała zrobić. Nie wypchnęłabym Was pod kosz na sali, bo wiem, że tego byście nie chcieli. Jednocześnie zaskakujecie mnie czasami, bo potraficie zrobić więcej, niż ja sobie wyobrażam, że możecie. Bazujemy na zaufaniu do siebie nawzajem. Ja mogę prosić o pewne rzeczy, ale do niczego Was nie zmuszę.

PB: Która rola wymagała od Was najwięcej pracy i zaangażowania, była najtrudniejsza?

AK: Dla mnie chyba najtrudniej było zagrać monodram, aczkolwiek ta trudność wynikała z tego, że jest się samemu na scenie i wszystko spoczywa na tej jednej osobie.

LZ: Dla mnie dość trudna była rola księcia w „Circulus vitiosus”, dlatego, że trzeba było się mocno otworzyć na prawdziwe emocje – to na początku sprawiało trudność. Z kolei później człowiek zaczyna dostrzegać coraz więcej szczegółów, w tym, co można ugrać i to też niczego nie ułatwia, ale to nie o to chodzi. Nie mogę powiedzieć, że wszystkie role były trudne, ale prawie wszystkie były przyjemnie trudne. Każda rola, którą się odtwarza i sobie narzuca sprawia trudność w momencie pracy nad nią, ale później w czasie grania na scenie staje się łatwa i przyjemna.

PM: Ja nie potrafię powiedzieć, która była najtrudniejsza, ale wiem, która była dla mnie największym wyzwaniem – zdecydowanie rola szambelana w „Circulus vitiosus”. Chyba dlatego, że była to moja pierwsza „większa” rola w tym teatrze i trzeba było przyjąć z góry określoną formę. Ta rola dała mi zarazem najwięcej przyjemności.

KŻ: Chodzi o to, że do każdego spektaklu uruchamia się inne środki – inaczej pracuje ciało, głos, na inne rzeczy zwraca się uwagę. A praca aktora na próbach oprócz rozmów dotyczących spektaklu to nic innego jak wysiłek fizyczny. To jest wieczny ruch, mówienie, tańczenie, skakanie itp. To wszystko składa się na trudności, które się napotyka. Ja ze swojej strony staram się tak pracować, żeby nie obsadzać Was w rolach postaci skrajnie różnych od Was prywatnie. Chcę wykorzystywać to, co już w Was jest i na bazie tego budować nowe rzeczy.

PB: W takim razie jak wiele z Was samych jest w postaciach, które odgrywacie?

KŻ: Ja zaryzykowałabym stwierdzeniem, że cała nasza osoba jest w postaci, którą widzimy na scenie, z tym, że jest ona zmodyfikowana. Wykorzystujemy nasze cechy, niektóre z nich pogłębiamy, o niektórych zapominamy, wyobrażamy sobie, jak moglibyśmy zachować się w sytuacji wygenerowanej przez scenę. Trzeba powiedzieć, że najważniejszą rzeczą w budowaniu postaci jest partner i to, co dzieje się między dwojgiem ludzi. Zawsze mówi się do kogoś – do drugiego aktora, do Boga, do publiczności. Nawet w monodramie. Teatr jest zajęciem zbiorowym, sami ze sobą nic dobrego tutaj nie stworzymy.

AK: Czasem ciężko o niektórych swoich cechach, ruchach zapomnieć i spowodować, żeby nasza postać inaczej mówiła, chodziła, myślała. Z drugiej strony, czasami dzieje się odwrotnie – próbujemy przypomnieć sobie jak my prywatnie zachowujemy się w danej sytuacji i przenosimy to na naszą postać.

PB: Co w aktorstwie i we wszystkim, co się z nim wiąże sprawia Wam największą przyjemność?

AK: Teatr to inny świat. Tutaj możemy sobie pozwolić na wszystko. W teatrze mogę śpiewać i nie ważnym jest to, że fałszuję. Nikt nie podchodzi do mnie po spektaklu z komentarzem: „Ale fałszujesz”, tylko mówi: „Super, Aga, poznałem co nuciłaś!”. I to mi się podoba – robisz coś, co normalnie ci nie wychodzi, a tutaj inni cię za to chwalą.

KŻ: Agnieszka w pełni ma rację. Mówię to z własnego aktorskiego doświadczenia. To sama radość, gdy wchodzi się na scenę i można nagle stać się wysoką blondynką, Indianką albo nimfomanką w garniturze.

PB: Czy macie jakieś swoje rytuały przed wyjściem na scenę - coś, bez czego nigdy nie zagracie?

AK: Czysto teatralny przesąd. Kopniak w pupę.

KŻ: Ja w życiu nie jestem zabobonna oprócz teatru. Nie można rzucić tekstu na scenę i nie przydepnąć go przed podniesieniem, nie można klaskać na próbach, nie można gwizdać na scenie. Poza tym zawsze proszę o to, żeby przed spektaklem każdy pobył 5 minut sam ze sobą i zrobił w głowie „przebieg” – żeby mieć pewność tego, co się gra i co się dzieje na scenie. A potem żeby trzymali się razem.

PB: Gracie już długo, niejedno na scenie przeżyliście – czy zdarza Wam się jeszcze trema?

AK: Za każdym razem. Ja mam tremę nawet wtedy, gdy zaczynamy jakąś improwizację na próbie, mimo, że tak długo się znamy i wiem, że nawet, jeśli mi coś nie pójdzie, to nikt mnie za to nie wyśmieje. Ta trema jest oczywiście mniejsza niż przed publicznością, ale jest.

PM: Można powiedzieć, że gdyby nie było tremy, nie byłoby nas tutaj.

KŻ: Myślę, że macie to szczęście, że Wam ta trema pomaga. Leszek powiedział kiedyś: „Jak ja się nie boję, to się boję, że się nie boję”.

LZ: To prawda. Irytuje się, kiedy nie czuję zdenerwowania. Lubię być podniecony i nie być pewien tego, co się stanie za chwilę. W kontraście do dnia codziennego są to dla mnie bardzo ważne emocje. Jeśli się nie boję, to po co tutaj przyszedłem?

KŻ: Ja zaryzykuję stwierdzeniem, że bycie razem w teatrze jest jak dobry związek miłosny, związek ludzi, którzy żyją w jakimś wzajemnym uczuciu. Brak strachu nie jest dobry. Człowiek musi być w napięciu, ale pozytywnym. Dwa najważniejsze uczucia – ufać sobie i rozumieć się nawzajem.

PB: Co robicie, gdy się „sypie”?

KŻ: Zazwyczaj widz tego nie zauważa, ale ja oczywiście wiem. Widząc spektakl, kilkanaście, kilkadziesiąt, kilkaset razy wiem, co się sypie i wtedy widzę w waszych oczach panikę. Ale nie jest to panika typu: „Kurtyna, schodzimy, koniec!”, tylko wołanie: „Ratujemy sytuację!”. W takich momentach najlepiej widać jak rozbudowana jest relacja między aktorami – jeśli partner polegnie, to ja razem z nim. Jesteśmy za siebie nawzajem odpowiedzialni.

PB: Czy jest taki „typ” widowni, z którą nie chcielibyście się spotkać?

KŻ: Nie robi się spektaklu „pod widownię”. Najpierw tworzymy, a później zastanawiamy się, komu można to pokazać. To, co jest najistotniejsze, to fakt, iż widz jest najświętszą osobą w teatrze. Bez widza nie ma teatru. My jesteśmy tylko robotnikami, którzy lepiej lub gorzej wykonują swoje zadania, a to widzowie są najważniejsi, dla nich się to robi. Chyba nie zdarzyło nam się mieć widowni bardzo negatywnie nastawionej, czy takiej, która niczego nie zrozumiała i nie wyniosła ze spektaklu.

PB: Plany na najbliższy czas?

KŻ: Oczywiście nowy spektakl. Poza tym będziemy starali się zakwalifikować do festiwali – w Tychach, w Krośnie, w Szczecinie.

PB: Dziękuję bardzo za rozmowę i życzę sukcesów na festiwalach i połamania desek na premierze!

 

 

.