WŁĄCZ RADIO EZG!

POSŁUCHAJ:

ezglogo2

 

Aktualnie nadajemy:

winamp mediap

real

A A A

 

- Można powiedzieć, że właśnie wtedy zaczął się dla Pana najgorszy okres?

 

- Major Sobański: Nie spodziewałem się takiej zapłaty, takiego potraktowania. Po aresztowaniu, po biciu przez oficera Kulika, również nie powiedziano mi za co zostałem aresztowany. "Dowiecie się jak doprowadzimy was do miejsca popełnienia przestępstwa". Zacząłem zachodzić w głowę - przecież żadnego przestępstwa nie popełniłem - nie byłem świadomy tego, że przynależność do AK, Szarych Szeregów jest przestępstwem. Nie docierało to do mnie. Przywieziono mnie do Warszawy na ul. Koszykową, tam był Główny Zarząd Informacji Wojskowej. Tam tylko raz dostałem po buzi. Za to, że uważałem, że jako aresztant nie muszę się nikomu meldować. Stamtąd mnie przewieźli do Kielc, a następnie do Częstochowy w eskorcie żołnierzy uzbrojonych w karabiny maszynowe. Wysiedliśmy na dworcu w Częstochowie, mnie kazano iść środkiem jezdni, a po bokach szli żołnierze z bronią gotową do strzału. Wzbudzało to wielkie zainteresowanie - marynarz w mundurze prowadzony w takiej eskorcie środkiem jezdni. Zdarzył się wtedy taki zbieg okoliczność, że przechodzili tam moi znajomi z dawnych lat - zdążyłem tylko powiedzieć do nich, żeby dali znać rodzicom, że jestem aresztowany. Zaprowadzili mnie na ulicę Parków (dzisiaj jest to ulica Popiełuszki), blisko Jasnej Góry - tam był Urząd Bezpieczeństwa. Przywitanie było bardzo przykre, nie chcę o tym mówić, ale można sobie to wyobrazić. Powiedzieli mi, że jestem wrogiem ludu, szpiegiem, obrażano mnie. Przekleństwa i bicie. Posadzili mnie w celi pojedynczej, prawie codziennie, gdzieś koło godz. 14 (nie miałem zegarka, tak wyczuwałem) zaczynało się przesłuchanie, trwało do późnych godzin wieczornych. Był to koszmar.

 

- Co pomagało Panu przetrwać tamten okropny czas?

 

- Major Sobański: Wtedy, Państwu powiem, wtedy bałem się. Strach o życie i modlitwa - wiara w to, że jestem uwięziony prawie u stóp Cudownego Obrazu Matki Boskiej. I rzeczywiście tak się stało. Mają Państwo na to najlepszy dowód - mogę teraz rozmawiać z Państwem.

 

- I udało się Panu.

 

- Major Sobański: Był czas, kiedy nie mogłem ścierpieć tego, byłem bliski popełnienia samobójstwa. Ale jak? Nie było możliwości. Pewnego razu wizytował celę prokurator wojskowy, wszedł do mnie, zapytał się jakie mam życzenia. Powiedziałem jedno: "Mnie mogą nie szanować, ale niech szanują mundur i nie biją. Mundur jest cały we krwi".

 

Zostałem wezwany na przesłuchanie - oficer przesłuchujący z ironicznym uśmiechem powiedział: "Poskarżyliście się, że was bijemy - ja wam daję słowo oficera UB, że już nie będzie bicia. Ale dla bezpieczeństwa musimy skuć wam ręce, żebyście wy nas nie pobili…". 2 ludzi stało za mną - poczułem, że koło uszu przywiązano mi jakieś przewody - przypięte do aparatu induktorowego. "Powiedziałem, że was nie będę bił" - usłyszałem - "ale powiecie nam wszystko co chcemy". Pytano mnie o jeńców, o powiązania, gdzie podziali się ludzie, których znałem. Tłumaczyłem, że już parę lat po wojnie, wszyscy się rozjechali - "Mieliście mnie cały czas pod kontrolą, bo byłem w Wojsku w służbie zasadniczej". Wtedy poczułem ogromny ból… Podłączenie pod prąd induktorowy może nie zabije, ale szarpie lepiej niż od gniazdka. Traciłem przytomność, wiadro wody… Byłem już bliski końca.

 

 

- Jak udało się Panu wydostać z więzienia?

- Major Sobański: Przeniesiono mnie potem do celi, gdzie siedziało oprócz mnie jeszcze trzech. Jeden był kaleki - żołnierz AK, kolejny z nich to młody człowiek prawdopodobnie kleryk do seminarium - mówili na niego ksiądz. Na tej sali nie było prycz, spaliśmy na betonie, były tylko stare powycierane koce. Powstała wtedy taka myśl - przecież nie wytrzymamy, wykończą nas, może spróbujmy coś zrobić, póki jeszcze mamy trochę sił. No więc: ucieczka. Jeden z naszych współwięźniów, wspomniany ksiądz, był już tak skrajnie wykończony katowaniem, że aż bliski obłędu. Pomyśleliśmy sobie wtedy - powiemy strażnikowi, że ksiądz nas pobił. To był nasz pomysł na ucieczkę. Zróbmy coś, żeby krew była. Uderzyłem się pięścią w twarz, wymazałem krwią. Uderzyliśmy do drzwi, do oddziałowego, żeby otworzył. Jak on otworzył, to rzuciliśmy się na niego, udało się wciągnąć go do celi i zakneblować. Doprawiłem go mocnym uderzeniem. No i na korytarz. Okazało się, że był zamknięty kratą, a klucze, które znaleźliśmy przy oddziałowym, prowadziły do innych cel. Korytarz na wyjście na klatkę schodową był zamknięty. Otworzyliśmy pozostałe cele, wypuściliśmy kilku więźniów, uwiesiliśmy się na tej kracie i po prostu ją wygięliśmy. Tak udało nam się uciec na korytarz. Wróciłem się jednak do celi, bo mimo wszystko to nie dawało mi spokoju sumienia, czy pobity przeze mnie strażnik żyje - okazało się, że żył. Udało mi się jeszcze pod szafką znaleźć pistolet Browning, kal. 9 mm 15 strzałowy. Pomyślałem - żywego mnie już nie wezmą. Z korytarza dalej dostaliśmy się na podwórze, gdzieniegdzie paliły się światła, jakieś balangi były, bawili się UB-ecy. My, wykorzystując to, przeskoczyliśmy przez mur i dalej się rozproszyliśmy.

 

- To był dla Pana początek nowego życia?

- Major Sobański: Plan był - tworzyć oddział partyzancki - choć w tamtym czasie, w roku 1949, było to nierealne. Ja odbiłem od grupy, udało mi się zbiec. Po kilku dniach błąkania się dotarłem do miejscowości Rudniki. Tam też szukano mnie, musiałem się ukrywać. Wtedy przypomniał mi się ten człowiek z Zawoji, któremu podczas okupacji uratowałem życie. Pomyślałem, że w górach będzie łatwiej się ukryć. Kupiłem bilet na pociąg, część trasy przeszedłem pieszo i dotarłem w końcu do Zawoji. Udało mi się tam skontaktować poprzez miejscowego księdza z moim dawnym przyjacielem. Pomógł mi wtedy bardzo. Zorganizował mi dowód, zrobiono mi zdjęcie. Miałem dokumenty na osobę już nieżyjącą, na nazwisko Lech Dymała. Miałem odtąd nowe dane personalne. Przyjaciel zapewnił mi pomoc. Tam dłużej nie mogłem zostać. Teren ten był mocno obserwowany przez bezpiekę, z racji tego, że w czasie okupacji był terenem, gdzie ukrywała się partyzantka. Po wielu perypetiach i ukrywaniu się trafiłem na Ziemie Odzyskane w okolice Olsztyna.

 

- Panie majorze, opowiedział Pan nam fascynującą historię. Na koniec chcielibyśmy zapytać o to, co chciałby Pan przekazać młodszym pokoleniom i czym dla Pana jest patriotyzm?

 

- Major Sobański: Tak, wiecie sami Państwo, ten dzisiejszy czas, dość nieciekawy... Ale... Miałem możność pozostania za granicą, już jako oficer Wojska Polskiego, jednak miłość do ojczyzny, do polskości zwyciężyła i zawsze wracałem do domu, zawsze wracałem do kraju. To jest kraj z tradycjami, które warto podtrzymać. Pomimo tych okrucieństw, które mnie spotkały, mimo wiatru, który mi zawsze wiał w oczy to dalej pójdę pod ten wiatr. Będę wierny ojczyźnie.

 

- Dziękujemy za rozmowę.

 

Wywiad przeprowadzili: Justyna Zielińska i Piotr Tołłoczko

.