WŁĄCZ RADIO EZG!

POSŁUCHAJ:

ezglogo2

 

Aktualnie nadajemy:

winamp mediap

real

A A A


(fot. Piotr Tołłoczko)

1 sierpnia jak co roku obchodzimy rocznicę wybuchu powstania warszawskiego. W takim dniu bardzo często przychodzi nam na myśl słowo "patriotyzm". Chcielibyśmy, żeby to słowo mimo czasów w jakich żyjemy nie pozostało słowem pustym, patetycznym… To słowo wcale nie musi być niemodne ani wstydliwe. Doskonałym sposobem na zrozumienie tego wydaje się rozmowa z człowiekiem, który nam - młodszym pokoleniom - może przekazać pewne nieśmiertelne wartości.

 

Pan Major Włodzimierz Sobański, pseudonim "Bocian" - człowiek, który za przynależność do Armii Krajowej został przez komunistyczne władze wtrącony do więzienia, z którego następnie udało mu się zbiec. To wszystko tworzy fascynującą i do dziś mało znaną historię. Chcielibyśmy dziś Wam ją przybliżyć.

Wywiad, choć lepszym określeniem wydaje się opowieść majora Sobańskiego. Opowieść o życiu, przeszłości oraz opatrzności, sile i wierze, która pozwoliła przetrwać najcięższe chwile. Rozmowę przeprowadzili Justyna Zielińska i Piotr Tołłoczko.

 

 

- Jak wspomina Pan najmłodsze lata?

- Major Sobański: Jako młody chłopak duży wpływ na moje wychowanie miała Pani Irena Stasiecka, która była harcerką. Nota bene jej mąż, pan Eugeniusz Stasiecki, pseud. „Piotr Pomian” był moim dowódcą jako komendant częstochowskiego hufca Armii Krajowej. Gdy rozpoczęła się okupacja, ja jako młody chłopak zacząłem myśleć, aby działać coś z młodzieżą. Był to czas, kiedy zaczęto tworzyć tzw. komplety tajnego nauczania. Grupa chętnych młodych ludzi po 5, 6 osób, czasem więcej, spotykała się, a nauczyciele uczyli zgodnie z programem sprzed 1939 r. Dzięki temu, że prowadzili to nauczyciele oraz instruktorzy dawnego harcerstwa docierało do nas czym są Szare Szeregi. Praca w Szarych Szeregach polegała na uświadamianiu i zapobieganiu deprawacji młodzieży, żeby utrzymać pewne wartości i pogłębiać wiedzę o narodzie oraz oczywiście walce z okupantem. Szare Szeregi powstały dość wcześnie, na przełomie października i listopada 1939 r.

Ja do Szarych Szeregów przystąpiłem na przełomie 1943/1944r. Miałem wtedy 14 lat. W tamtym czasie mój ojciec był związany z AK- pracował w inspektoracie częstochowskim AK. Po wyzwoleniu na początku marca, NKWD aresztowało go i wywiozło w okolice Murmańska do Łagru.


- Na czym polegały wtedy Pana zadania?

- Major Sobański: Szare Szeregi podzielone były na 3 grupy: I od 12 do 14 lat - "Zawiszacy", II - od 14 do 17 „Bojowe Szkoły” i III od 18 lat wzwyż - "grupy szturmowe". To były najstarsze grupy, które wykonywały wyroki, walczyły w oddziałach partyzanckich. „Zawiszacy” - najmłodsza grupa, w której ja się znalazłem. Zadania nasze były wywiadowcze, informowanie o ruchach Niemców, znakach taktycznych jednostek niemieckich, rozlepianie plakatów antyniemieckich (np. "Tylko świnie siedzą w kinie"). Ja znalazłem się w grupie tzw. szperaczy - pracowaliśmy na złomowisku, naszym zadaniem było wyciąganie amunicji, często odnajdywało się broń zostawioną przez okupanta. Trwało to do chwili ogłoszenia akcji "Burza".

Naszą ambicją wtedy stało się dołączyć do kolegów, którzy walczyli z Niemcami, ale nie pozwoliła granica wiekowa. Wykorzystując mój słuszny wzrost, postanowiłem przy cichej pomocy i przyzwoleniu niektórych zwierzchników dostać się do oddziału kapitana Marcina w 74. Pułku Piechoty AK. Tam służyłem jako łącznik.

 

- Jak toczyły się dalsze Pana losy?

 

- Major Sobański: 15 sierpnia 1944 r. padł rozkaz wyruszenia na odsiecz Warszawie. Mnie udało się dojść tylko do Przedborza, rozchorowałem się, dostałem zapalenia płuc i zostawiono mnie na plebanii u ks. Nowakowskiego, który również należał do AK. Była tam tzw. skrzynka kontaktowa. Tam zostałem celem wykurowania się.

W międzyczasie został odwołany rozkaz marszu na Warszawę, ponieważ nie było możliwości przebicia się - to był rozkaz komendanta głównego AK gen. Bora-Komorowskiego. Ja już do pułku nie wróciłem. Powróciłem do Częstochowy, powstanie warszawskie upadło. Komenda Głowna AK została przeniesiona do Częstochowy. Ja zostałem przydzielony do BiP-u (tzn. Biura Informacji i Propagandy) jako łącznik. W BiP-ie moją przełożoną była pani Zofia Moczarska, żona szefa BiP-u  płk. Moczarskiego (znanego m.in. stąd, że w powojennej Polsce siedział w jednej celi z katem getta warszawskiego Jurgenem Stropem). Doskonale znałem ten teren. Mogłem zajmować się kolportażem gazet i plakatowaniem antyniemieckim.

 

 

.